Polityczny śmietnik

„Prof. Kleiber ma problemy z odróżnieniem sensu od nonsensu. Stawianie na tej samej płaszczyźnie autorytetu wybitnych ekspertów i braku autorytetu szalbierzy i hochsztaplerów nie uważam za właściwe”, stwierdził lider SLD Leszek Miller.

czarny bocian

Jakie trzeba mieć mniemanie o sobie i ile buty w sobie, żeby sformułować taką pogardliwą wypowiedź. Jak długo jeszcze PRL-ki elektryk (zbieżność skojarzeń z Lechem Wałęsą przypadkowa), będzie nas oświecał swoimi prostackimi pointami, kpiarstwem i dowcipami spod budki z piwem. Ten drugi elektryk RP, podobnie, jak kiedyś ten pierwszy (dałem profesorom władzę i co pokazali?) zaczął ostatnio znieważać i szkalować uznanych naukowców, nazywając ich m.in. hochsztaplerami.

Szczegółów sobie daruję, każdy wie, o jakie osoby i jakie mataczenie tutaj chodzi. I „nie o to chodzi, jak co komu wychodzi”, czy, jak kto zaczyna, a jak kończy. Zwłaszcza że ten prawdziwy polski mężczyzna (162 cm wzrostu, jak podaje „GP”) ma dziś 67 lat i zapewne już nie kończy, bo nie jest w stanie nawet zacząć. Konkretnie chodzi mi o porównanie politycznego mentora Leszka Millera z wykpionym przez niego prof. Michałem Kleibergiem, a propos wiedzy i wykształcenia obu panów.  Otóż prawdziwy mężczyzna jest absolwentem Szkoły Zawodowej w Zakładach Przemysłu Lniarskiego i wieczorowego Technikum Elektroenergetycznego. W późniejszych latach, będąc PZPR-kim działaczem elektrykiem, pobierał nauki w szkole KC PZPR, przepraszam, w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy Komitecie Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Nie będę się o tej elitarnej uczelni rozpisywał, bo to zupełnie inna historia. W przypadku naszego drugiego elektryka edukacja w tej zacnej Alma Mater zaowocowała członkiem, tzn. członkowstwem w Biurze Politycznym KC PZPR, a więc udaną wspinaczką (ze szczytowaniem) na najwyższe szczeble władzy PRL. A prof. Michał Kleiberg? Wprawdzie zdobyciem dyplomu WSNS przy KC PZPR nie może się poszczycić, ale dyplomami warszawskich uczelni, politechniki i uniwersytetu oraz tytułem profesora dr hab. nauk technicznych tak. Jest autorem 250 publikacji naukowych i 7 książek.  Niestety dziś, jako prezes Polskiej Akademii Nauk, musi doświadczać niebywałej arogancji ze strony pezetpeerowskiego dinozaura.

W grudniu 1970 roku miałem 18 lat. 15 grudnia (we wtorek) byłem w centrum wydarzeń, przed płonącym budynkiem KW PZPR w Gdańsku. Później w uciekającym tłumie na Błędniku (wiadukcie). Wieczorem oglądałem gdańską Panoramę, w której tow. Kociołek namawiał stoczniowców, aby przyszli rano do pracy. Jaki był tego skutek?  Ale zostawmy to. To też jest temat na inną publikację. Tak mi się tylko przypomniało, bo nie potrafię zrozumieć, że tow. Leszek Miller uzyskał poparcie wyborców właśnie w Gdyni, w której doszło do masakry robotników w 1970 r.. Mimo politycznej kompromitacji, jaką był przegrany, żenujący start w wyborach do Sejmu (pod szyldem Samoobrony) dziś jest tu, gdzie jest i znowu gra w ataku, kiwając, takie odnoszę wrażenie, nawet tak wytrawnego „piłkarza” jak Donald Tusk. Okazuje się bowiem, że koalicja PO – SLD staje się coraz bardziej realna. Więcej, w konsekwencji tego kuriozum, Leszkowi Millerowi marzy się powrót do rządu. Jak napisał Stanisław Janecki: „ Tylko w Polsce Leszek Miller, człowiek politbiura kompartii może być szefem ugrupowania obecnego w parlamencie, a nawet mógł być premierem (…) w innych krajach miejsce takich jak Miller jest na politycznym śmietniku”.

Piotr Cackowski


Dodaj komentarz