Wałęsa. Człowiek z Wajdy.

„Ja takim bufonem nie byłem, takim zarozumialcem”, stwierdził Lech Wałęsa po prywatnym pokazie filmu Andrzeja Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei”. Dodał, że ma zastrzeżenia do gry Roberta Więckiewicza („nie bardzo mi ona leży”).

W obu przypadkach przywódca Solidarności się myli. Pewność siebie, arogancja i bufonada są wręcz jego wizerunkową wizytówką, od zawsze. Kiedy wypowiadał się jako robotnik, przewodniczący 10 milionowego związku zawodowego, prezydent RP i gdy wypowiada się dzisiaj.  Mimo to Lech Wałęsa został takim zaakceptowany przez znaczną część społeczeństwa. Więcej, za życia buduje mu się pomniki, nazywając jego imieniem port lotniczy w Gdańsku, czy realizując dziś ponad dwugodzinny film kinowy. Wraz z jego projekcją kolportowany jest „Przewodnik dla nauczycieli” zawierający 10 tematów zajęć lekcyjnych, których bohaterem jest Lech Wałęsa.

Film Wajdy 1

Fot. Przewodnik dla nauczycieli (projekt plakatu i folderu Jan Straszewski)

W zajawce przewodnika czytamy m.in.: „Zdobywca Oscara, Andrzej Wajda, przedstawia historię wielkich przemian, które przetoczyły się (…) przez zebrania partyjne, wiece i Okrągły Stół”. To duża przesada, tak twierdzić. W rzeczywistości bowiem „Wałęsa. Człowiek z nadziei” jest jedynie zlepkiem wybranych epizodów tej historii, odzwierciedlających, w wielu scenach, bardziej wizję reżysera, niż fakty historyczne. Jeśli chodzi o zastrzeżenia byłego prezydenta do kreacji Roberta Więckiewicza, to są one raczej odreagowaniem człowieka, którego prawda w oczy kole, a nie obiektywną oceną znakomitej gry aktora.

W filmie oglądamy Wałęsę jakby w dwóch wymiarach. Inaczej go gra Robert Więckiewicz w rozmowie z włoską dziennikarką Orianą Falacci, a inaczej w pozostałych sekwencjach. W pierwszym przypadku aktor przerysowuje swoją postać, przerysowuje świadomie. Jawi się jak satyryk, który przywołuje mi w pamięci niezrównanego parodystę Lecha Wałęsy, Jerzego Kryszaka. W drugim przypadku obserwujemy i słuchamy innego przywódcy Solidarności, bardziej powściągliwego w swojej arogancji, bufonadzie, a nawet pewności siebie. Wałęsa pokazywany jest również jako prosty robotnik, trochę naiwny, wrażliwy, uczuciowy. Obie postaci jednego bohatera Robert Więckiewicz zagrał prawdziwie. Ale czy film Andrzeja Wajdy jest w pełni prawdziwy? Oczywiście nie.

Scenariusz można napisać, opierając się wyłącznie na faktach, zadając sobie trud rzetelnego zdokumentowania tematu. Można też uzupełnić fakty własnymi ich interpretacjami i historyjkami, których nie było, lekceważąc przy tym znajdujące się w zasięgu ręki dokumenty: filmy, nagrania radiowe, zdjęcia, a przede wszystkim ludzi, świadków i uczestników wydarzeń z lat 1970 – 1989, którzy żyją i są wśród nas. Niestety twórcy filmu wybrali wariant drugi. Jak się czują, tworząc nie w pełni prawdziwą historię w obecności ludzi będących żywą historią wydarzeń z tamtego okresu? Chciałbym na przykład w czasie projekcji tego filmu usiąść na widowni wypełnionej wyłącznie członkami rdzennej Solidarności i móc obserwować ich reakcję na to, co stworzył Andrzej Wajda na podstawie scenariusza Janusza Głowackiego. Czego bym doświadczył? Nietrudno jest to sobie wyobrazić, prawda? Nasuwa się tu pytanie, czy autorem scenariusza, takiego właśnie filmu, nie powinien być pisarz z Gdańska? Człowiek, który oprócz wiedzy zdobytej gdzieś w bibliotekach, czy podczas rozmów z bohaterami sprzed lat (dziś w większości niestety zapomnianymi),  mógłby przede wszystkim opowiedzieć nam ten fragment polskich dróg przez pryzmat własnych doznań, odczuć, emocji, przeżyć. Przeżyć świadka i uczestnika wydarzeń w grudniu 1970 roku, czy w sierpniu 10 lat później. Przykład tak zrealizowanego filmu? Proszę bardzo, „Czarny czwartek”. Czy ta produkcja byłaby równie prawdziwa, gdyby jej scenariusz napisał np. Janusz Głowacki? Umiejętności pisarskie to jedno, ale przy takich realizacjach filmowych, mających upamiętnić najważniejsze wydarzenia z historii Polski,  szczególnie istotne jest czucie tematu, utożsamianie się z nim poprzez osobiste doświadczenia i wspomnienia. Tutaj tkwią źródła wiarygodności twórców, także filmowych.  

Czego w „Wałęsie. Człowieku z nadziei” nie akceptuję?

Sceny, w której „Lechu” poucza organizatorów Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, stwierdzając, że nie rozumieją oni, co i jak należy robić. W rzeczywistości ci oni go ignorowali, a w filmie mówią, że „facet ma jaja”. Poza tym to ignorowany Wałęsa postanowił przyłączyć się do WZZW, a nie był do tych związków zapraszany. A propos ignorowania. Czy można było zareagować inaczej wobec człowieka, który zaproponował wysadzanie w powietrze komend Milicji Obywatelskiej? Ale w filmie takich faktów nie ma. Jest za to scena pokazująca Wałęsę pokonującego stoczniowe ogrodzenie. Można ją między bajki włożyć, skoro sam Wałęsa nie pamięta, w którym miejscu przeskoczył przez płot. „Musiałem myśleć, gdzie walczyć, a nie gdzie to się stało”, tak tłumaczył po latach swoje luki w pamięci. Zdaniem Anny Walentynowicz Lech Wałęsa został przywieziony na strajk motorówką Marynarki Wojennej. Jaka była jego odpowiedź? Wymijająca. „Dla mnie ważne było rozwalić komunę. Czy motorówką, czy jak, to nieważne”.

Nie do zaakceptowania jest pokazanie Anny Walentynowicz jako wspólniczki Wałęsy po sierpniowym strajku. „Dla mnie Lech Wałęsa już w czwartym dniu strajku okazał się nieuczciwym człowiekiem (…) należy go rozliczyć. Zadbał o komunistów i ich bezpieczeństwo (…) Solidarność przekazała w Magdalence swoje zdobycze komuchom, umożliwiając im odrodzenie się pod szyldem SLD”, mówiła mi przed kilkunastoma laty Pani Anna. Podobną opinię usłyszałem od Andrzeja Gwiazdy: „Lech Wałęsa wykonał zadanie i został za to sowicie wynagrodzony (…)  sprzedajność opozycji była główną przyczyną niepowodzeń ugrupowań postsolidarnościowych w następnych latach”. Niestety sztandarowa postać Solidarności (członek grupy jej organizatorów, później jeden z głównych przywódców), Andrzej Gwiazda, praktycznie w filmie nie zaistniał. Przypadek?

Jako dziennikarz Polskiego Radia wielokrotnie spotykałem go (dniem i nocą) w strajkującej stoczni. Pamiętam jego późnowieczorne wielogodzinne rozmowy z robotnikami. Pamiętam, jak był oblegany przez zachodnich dziennikarzy. To była wielka postać Solidarności, tej pierwszej. Przypominając dziś sobie rozmowę z Andrzejem Gwiazdą, spoglądam w Internecie na zdjęcie z Magdalenki (Okrągły stół), gdzie jak na weselu (już po oczepinach) m.in. Lech Wałęsa i Adam Michnik stukają się z gen. Czesławem Kiszczakiem kieliszkami napełnionymi koniaczkiem. Komu ten toast wyszedł na zdrowie? Paradoksalnie i jednym, i drugim. To jest Polska właśnie.

magdalenka-walesa-michnik-kiszczak

Z fotela gdańskiego Multikina przyglądałem się uważnie także scenom poświęconym internowaniu Lecha Wałęsy. Czego mi w nich zabrakło? Na przykład Danuty Wałęsowej odwiedzającej swojego męża co cztery tygodnie (przebywającej tam od poniedziałku do piątku) i jej wypowiedzi: „Warunki mąż ma przeciętne, jak w mieszkaniu (…) Uważam, że był konieczny stan wojenny, ale do tego, żeby doprowadzić do porządku. Większość czeka proszę pana na to, że będzie takie prawdziwe porozumienie w sensie tym, że dogadają się te strony prawdziwe, rząd i ci ludzie ze związków Solidarności, ci co naprawdę chcą spokoju”.  Zabrakło mi wielkiej roli, jaką w polskiej historii lat 80 tych ubiegłego wieku, a więc także w życiu Lecha Wałęsy, jego działaniach i skutkach tych działań odegrał papież Jan Paweł II, spotykając się z Wałęsą w Polsce i Watykanie. Akumulatory były doładowywane wielokrotnie. Wajda nie naładował nawet bateryjki. 

Nie do zaakceptowania jest również ukazanie w przesadzistym wymiarze Henryki Krzywonos, która podobno zatrzymała tramwaj i … no właśnie, i co jeszcze zrobiła? Nie wiem. W ogóle nie przypominam sobie takiej postaci. Przebywałem w Stoczni Gdańskiej bardzo często, w czasie 18 dni strajkowych codziennie (dniem i późnymi wieczorami). Nie pamiętam tej Pani i niczego z nią nie kojarzę. A jednak to ona została wyeksponowana przez twórców filmu, a nie prawdziwa bohaterka i sprawczyni strajku  Anna Walentynowicz (matka strajku, jak mówili o niej stoczniowcy).  W „Wałęsie. Człowieku z nadziei”, Pani Ania (przepraszam za spoufalenie się) pozostaje w głębokim cieniu Henryki Krzywonos, z którą dziś chętnie fotografują się ci, „którzy odrodzili się po Magdalence”.

Niesprecyzowany, niejasny, niedomówiony jest wątek dotyczący agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy. Podpisywanie papierów podsuwanych przez SB zostało naiwnie usprawiedliwione (że niby nie wiedział, co podpisuje, że to był warunek zobaczenia nowonarodzonego syna). Wątek ten zrealizowano tak, jakby jego twórcy sami nie wierzyli w to, co tworzą. Nie mam jednak dowodów, a więc także prawa do jednoznacznego rozstrzygania tej kwestii. Mam natomiast prawo wierzyć w opinię naukowca, dr hab. Sławomira Cenckiewicza, który swoje oceny opiera przecież na udokumentowanych faktach.

Klękającego przed telewizorem ubeka w czasie transmisji mszy świętej, odprawianej przez papieża, czy milicjantkę karmiącą własną piersią głodne dziecko Wałęsy doprowadzonego do komisariatu za przemycanie ulotek, oglądałem z uśmiechem i przymrużeniem oka. Mam nadzieję, że o to właśnie w tych sekwencjach autorom filmu chodziło.  

W grudniu 1970 roku, mając osiemnaście lat, znalazłem się w centrum wydarzeń przed płonącym gmachem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku. W następnych latach, już jako dziennikarz Polskiego Radia, następnie telewizji i prasy realizowałem wywiady, reportaże i filmy dokumentalne. Z Lechem Wałęsą rozmawiałem wielokrotnie w czasie strajków (także w maju 1988 r.) i tuż po zakończeniu jego prezydentury. Z Andrzejem Wajdą podczas realizacji zdjęć do „Człowieka z żelaza”. Spotykałem się m.in. z Andrzejem Gwiazdą, Anną Walentynowicz i Bogdanem Lisem, a szczególnie często z rzecznikami Solidarności, Januszem Onyszkiewiczem i Markiem Brunne. Powracając dzisiaj do treści tamtych rozmów odnoszę wrażenie, iż z jednej strony twórcy filmu niedostatecznie zdokumentowali temat, którego się podjęli, z drugiej, decydując się na stworzenie filmowego pomnika Lecha Wałęsy, nie chcieli chyba dowiedzieć się więcej o swoim bohaterze, niż chcieliby wiedzieć. Czy zatem „Wałęsa. Człowiek z nadziei” spełnił nadzieje widzów? Czy jego obraz jest zakłamany? Odpowiem tak. Pominięto w nim sporo istotnych faktów, które pozostawiłyby na filmowym pomniku Lecha Wałęsy zbyt wiele rys. Na pewno jednak „Wałęsa. Człowiek z nadziei” spełnił nadzieje Andrzeja Wajdy.

Przepustka Stocznia Gdańska

Kaseta U-matic Strajk

Piotr Cackowski

 


Dodaj komentarz